Z Bułgarskiej bez zwycięzcy. Mecz, który miał wszystko
Lech ruszył jak rozjuszony byk – kilka pierwszych minut to był szturm na bramkę Pogoni, a Valentin Cojocaru musiał wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności. Ale to właśnie Portowcy zadali pierwszy cios.
W 15. minucie – rykoszet, chaos, a potem huk półwoleja Kamila Grosickiego! Kapitan nie pytał, tylko zrobił to, co robi najlepiej – cisza wśród trybun przy Bułgarskiej, 0:1.
Chwilę później Mor Ndiaye mógł podwoić prowadzenie, lecz futbolówka nie chciała wpaść do siatki. Lech odpowiedział jeszcze większym naporem – bombardował, atakował, naciskał, ale Cojocaru bronił jak zaczarowany.
Po przerwie jednak nie dało się już zatrzymać gospodarzy. Palma wrzucił idealnie, Ishak trafił bezbłędnie – i zaczęła się nowa partia szachów.
Potem Palma huknął z dystansu, stadion oszalał, ale VAR ugasił emocje – spalony.
Lech bił głową w mur, a Pogoń czekała na swoją chwilę. I wtedy – 89. minuta – błysk Bengtssona po podaniu Jagiełły. 2:1. Stadion eksplodował.
Ale ta historia miała jeszcze jeden rozdział.
W doliczonym czasie Mukairu zrobił coś, co ogląda się w zwolnionym tempie – rajd, balans, zejście w pole karne i strzał, który uciszył Bułgarską. 2:2.
Pogoń wyrwała remis z gardła mistrza. Nie po raz pierwszy pokazała, że ma w sobie charakter, którego nie da się kupić. To był mecz pełen iskier, emocji i odwagi – taki, po którym trudno zasnąć.




Komentarze
Z Bułgarskiej bez zwycięzcy. Mecz, który miał wszystko — Brak komentarzy
HTML tags allowed in your comment: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>