Pęka sędziowski mur. VAR jest tylko wierzchołkiem góry lodowej
Przez lata, gdy kibic krytykował sędziego, odpowiedź była niemal automatyczna: emocje. Gdy robił to trener – presja po meczu. Gdy prezes klubu – próba wpływania na arbitrów, ale co powiedzieć w sytuacji, kiedy o problemach polskiego sędziowania zaczynają mówić sami sędziowie?
I to nie anonimowi arbitrzy z niższych lig, lecz ludzie związani z zespołem Szymona Marciniaka, który prowadził największe mecze świata. Wtedy kończy się wygodna opowieść o sfrustrowanych kibicach. Zaczyna się rozmowa o systemie.
A przypadek meczu Pogoń Szczecin – Motor Lublin może być jedynie kolejnym elementem znacznie większej układanki.
Linia, która uruchomiła lawinę:
Po meczu Pogoni z Motorem Kolegium Sędziów PZPN poinformowało, że przy bramce Darko Churlinova sędziowie VAR nieprawidłowo wyznaczyli linię spalonego i gol nie powinien zostać uznany. Paradoks polega na tym, że VAR miał właśnie eliminować tego rodzaju sytuacje.
Możemy dyskutować o rzucie karnym, faulu czy zagraniu ręką, ponieważ tam często pozostaje przestrzeń do interpretacji, ale spalony miał być jednym z tych elementów futbolu, w których technologia daje odpowiedź niemal matematyczną. Tymczasem okazuje się, że nawet tutaj człowiek może źle obsłużyć narzędzie.
Jeszcze ciekawsze jest jednak to, co wydarzyło się później. Tomasz Listkiewicz publicznie napisał, że ,,Kolegium Sędziów PZPN ośmieszyło siebie i nas, sędziów”, a z sędziego VAR zrobiono ,,wariata”. Zwrócił przy tym uwagę na rzecz fundamentalną: wcześniej, gdy pojawiały się wątpliwości dotyczące prawidłowości wyznaczania linii spalonego, prezentowano cały proces decyzyjny. Tym razem pokazano jedynie rysunek, który według Listkiewicza już na pierwszy rzut oka był nieprawidłowy. I dodał coś jeszcze ważniejszego. Że taka komunikacja przełożonych nie ma nic wspólnego z przejrzystością i otwartością. To już nie jest więc spór kibica z arbitrem. To sędzia publicznie kwestionujący sposób działania własnych struktur.
Centrum VAR? To dopiero początek:
Jeżeli ktoś uważa, że cała sprawa sprowadza się do źle narysowanej linii w jednym meczu, wystarczy spojrzeć szerzej. W ostatnich miesiącach wokół polskich arbitrów narosło tyle spraw, że trudno wszystkie zbyć słowem ,,przypadek”.
Media informowały o serii poważnych błędów VAR m.in. w spotkaniach Arka-Lech oraz Lech-Legia. PZPN miał później publicznie przyznawać, że decyzje sędziowskie wpływały na wyniki spotkań. Arka domagała się opublikowania nagrań rozmów arbitrów VAR.
Regularnie wraca problem interpretacji zagrania ręką. Sytuacje wyglądające dla przeciętnego kibica niemal identycznie jednego tygodnia kończą się rzutem karnym, a następnego gra toczy się dalej.
Były protesty przeciwko Bartoszowi Frankowskiemu i przerwanie meczu Jagiellonia-Raków z powodu transparentów skierowanych przeciwko arbitrowi. Pojawiały się zarzuty dotyczące nierównego traktowania sędziów po błędach. Opisywano konflikt o kierunek funkcjonowania Kolegium Sędziów i rywalizację Arkadiusza Kamila Wójcika z Marcinem Szulcem o funkcję przewodniczącego.
Była sprawa wyjazdu Wójcika do Japonii i zarzuty dotyczące marginalizowania go w środowisku. Pojawiały się również oskarżenia dotyczące betonowania drogi rozwoju młodym arbitrom. A to nadal nie wszystko.
Kiedy środowisko zaczyna walczyć samo ze sobą:
W doniesieniach medialnych pojawiają się znacznie poważniejsze historie. Oskarżenia o mobbing i zawiadomienie do prokuratury dotyczące przewodniczącego Kolegium Sędziów Marcina Szulca. Zarzuty Dawida Korta wobec sędziego Damiana Krumplewskiego dotyczące wyzywania zawodników, prowokacji i pogardliwego traktowania. Opis konfliktu między arbitrami, w którym jeden miał publicznie życzyć drugiemu kontuzji. Egzaminy sędziowskie organizowane na parkingu lub – według przywoływanych doniesień – pod domem Pawła Malca. I wreszcie sytuacja wręcz groteskowa: akcja #SzacunekDlaArbitra, przy której przewodniczący Kolegium miał zabronić sędziom przepraszania za popełnione błędy.
Każdą z tych historii trzeba oczywiście oceniać osobno. Zarzut nie jest dowodem, a konflikt nie oznacza automatycznie winy którejkolwiek strony, ale gdy podobnych sygnałów zaczyna być kilkanaście, nie można już udawać, że każdy istnieje w osobnej rzeczywistości. Problemem staje się atmosfera całego środowiska.
List z wnętrza systemu:
I właśnie tutaj pojawia się prawdopodobnie najważniejszy element całej historii. Paweł Sokolnicki – wieloletni asystent Szymona Marciniaka, człowiek pracujący przy największych piłkarskich wydarzeniach – skierował do władz PZPN list, którego fragmenty ujawniono publicznie.
To ważne, kim jest autor. Nie mówimy o człowieku obserwującym sędziowanie z trybun. Mówimy o arbitrze, który funkcjonował na najwyższym światowym poziomie i zna ten zawód od środka. Według przytoczonych fragmentów Sokolnicki bardzo ostro ocenia system szkolenia. Padają stwierdzenia, że ,,szkolenie sędziów to fikcja”, a system jest ,,skostniały, zabetonowany i wymaga natychmiastowej zmiany”.
Jeszcze mocniejsze są zarzuty dotyczące VAR. Według autora sędziowie nie są szkoleni tak profesjonalnie, jak powinno mieć to miejsce w poważnej organizacji, operatorom ma brakować wystarczającej wiedzy i umiejętności, a osoby odpowiedzialne za szkolenia VAR mają nie posiadać odpowiedniego doświadczenia w pracy z tym systemem. Pada wręcz ostrzeżenie, że funkcjonowanie w takich warunkach jest fikcją i ,,jest kwestią czasu, aż wydarzy się poważny problem”.
I nagle źle wyznaczona linia w meczu Pogoń-Motor wygląda zupełnie inaczej. Nie jak odosobniona wpadka. Jak sygnał ostrzegawczy.
Najbardziej niebezpieczny jest brak zaufania:
Polska może się pochwalić czymś niezwykłym. Szymon Marciniak wraz ze swoim zespołem osiągnął poziom, o którym poprzednie pokolenia polskich arbitrów mogły marzyć. Finał mistrzostw świata, finał Ligi Mistrzów, najważniejsze spotkania międzynarodowe. Przez lata ten sukces działał trochę jak wielki reflektor skierowany na jednego człowieka i jego ekipę.
Tyle że światło reflektora potrafi również zostawić resztę sceny w cieniu. Dzisiaj coraz wyraźniej widać, że międzynarodowe sukcesy jednej grupy nie mogą być automatycznym dowodem dobrej kondycji całego polskiego systemu sędziowskiego. Zwłaszcza gdy członkowie obecnego lub byłego zespołu Marciniaka sami zaczynają mówić: mamy problem.
To właśnie powinno najbardziej zainteresować PZPN. Nie krytyka kibiców. Nie transparent. Nie komentarze w internecie, ale fakt, że zaufanie zaczyna pękać wewnątrz środowiska.
Pogoń dostała prezent. I właśnie dlatego trzeba o tym mówić. W Szczecinie mamy szczególny powód, aby nie sprowadzać tej dyskusji do klubowych barw. W meczu z Motorem błąd miał zadziałać na korzyść Pogoni. I dobrze, że właśnie teraz podnosimy temat. Bo wiarygodność walki o lepsze sędziowanie zaczyna się wtedy, gdy potrafimy powiedzieć o błędzie również wtedy, kiedy pomaga naszej drużynie.
Pogoń w przeszłości czuła się pokrzywdzona decyzjami, które miały ogromną wagę sportową i finansową. Kibice pamiętają spotkania, po których dyskutowano nie tylko o punktach, ale również o konsekwencjach dla walki o europejskie puchary czy Puchar Polski.
Tym razem sytuacja się odwróciła. I właśnie dlatego nie pytajmy: kto skorzystał? Zapytajmy: dlaczego system pozwolił, żeby do tego doszło?
Bo za tydzień błąd może działać w drugą stronę. Punkt to nie tylko punkt. W profesjonalnym futbolu decyzja arbitra nie kończy się wraz z ostatnim gwizdkiem. Jeden punkt może zdecydować o mistrzostwie. Jeden punkt może oznaczać europejskie puchary. Jeden punkt może przesądzić o utrzymaniu.
A za miejscem w tabeli stoją miliony złotych z praw telewizyjnych, premie, sponsorzy, transfery i przyszłość całych klubów. Dlatego nie wystarcza już komunikat publikowany kilka dni później: ,,Sędzia popełnił błąd”.
Co ma z nim zrobić klub? Dopisać sobie punkt? Wysłać komunikat UEFA? Pokazać go sponsorowi? Tabela pozostaje dokładnie taka sama.
Dlatego wraz z coraz większym znaczeniem technologii musi rosnąć odpowiedzialność ludzi, którzy ją obsługują. VAR miał przywrócić sprawiedliwość. Nie może stać się zasłoną. Największym błędem byłoby teraz sprowadzenie całej dyskusji do pytania, czy VAR jest dobry, czy zły.
VAR jest narzędziem. Tak samo, jak gwizdek, kamera czy monitor. Problem zaczyna się wtedy, kiedy nie wiemy, czy ludzie korzystający z tego narzędzia są odpowiednio szkoleni, czy obowiązują jednolite standardy i czy po błędzie następuje rzeczywista analiza, czy jedynie komunikat mający zamknąć temat.
Potrzeba znacznie większej przejrzystości:
Jeżeli kontrowersja dotyczy linii spalonego, pokażmy cały proces jej wyznaczania, a nie wyłącznie końcową grafikę. Jeżeli VAR wzywa arbitra do monitora, pokażmy później, co zobaczył i dlaczego zmienił lub podtrzymał decyzję. Jeżeli popełniono błąd, powiedzmy nie tylko, kto się pomylił, ale także, dlaczego procedura nie zadziałała.
Bo publiczne wskazanie winnego jest najłatwiejsze. Naprawienie mechanizmu jest znacznie trudniejsze. Kolegium powinno odpowiedzieć na najważniejsze pytania. Po tych wszystkich doniesieniach odpowiedź ,,pracujemy nad poprawą poziomu sędziowania” już nie wystarczy.
Potrzebne są odpowiedzi dotyczące systemu szkolenia, kwalifikacji osób szkolących VAR, procedur wyznaczania linii spalonego, sposobu awansowania młodych arbitrów, odpowiedzialności za błędy oraz zasad komunikacji z klubami i opinią publiczną.
Trzeba również uczciwie wyjaśnić konflikty i zarzuty pojawiające się wewnątrz środowiska. Nie po to, żeby urządzać publiczny sąd nad każdym sędzią. Po to, żeby odbudować zaufanie. Bo bez niego żadna technologia nie uratuje polskiego sędziowania.
To już nie jest spór o centymetry. Najłatwiej byłoby zakończyć tę historię kolejną analizą stopklatki z meczu Pogoni. Narysować jeszcze jedną linię. Powiększyć obraz. Przesunąć kursor. Tylko że po tym wszystkim linia spalonego wydaje się najmniejszym problemem.
Jeżeli arbitrzy publicznie krytykują Kolegium Sędziów, doświadczeni ludzie mówią o fikcji szkoleniowej, pojawiają się konflikty, oskarżenia o mobbing, nierówne traktowanie, blokowanie karier, kolejne kontrowersje VAR i spory o przejrzystość decyzji, to mamy prawo zapytać, czy konstrukcja nie zaczyna pękać od środka.
Nie przesądzajmy, kto ma rację w każdym z tych sporów, ale nie udawajmy również, że nic się nie dzieje. Bo być może Centrum VAR rzeczywiście jest tylko wierzchołkiem góry lodowej.
A największym zagrożeniem dla polskiego sędziowania nie będzie kolejny źle podyktowany karny czy źle postawiona linia. Będzie nim moment, w którym kibic, piłkarz, trener, właściciel klubu, a w końcu nawet sam sędzia, przestanie wierzyć, że za decyzją stoi profesjonalny, przejrzysty i jednakowy dla wszystkich system.
VAR miał pomagać rozstrzygać wątpliwości. Dzisiaj coraz częściej sam je tworzy. A skoro ludzie stojący najbliżej tego systemu zaczynają bić na alarm, PZPN nie powinien już pytać, jak uciszyć kolejną aferę. Powinien zapytać, dlaczego tych afer jest tak wiele.

źródło: Weszło.com
10 minut
Ostatnia aktualizacja:


Komentarze
Pęka sędziowski mur. VAR jest tylko wierzchołkiem góry lodowej — Brak komentarzy
HTML tags allowed in your comment: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>