Laga w Szczecinie
Po zakończonych Mistrzostwach Świata, za wielką wodą, kibice naostrzyli sobie zęby na powrót piłki nożnej na naszym podwórku. Jakież to były zapowiedzi i nadzieje na nowy sezon… Portowcy wzmocnieni obecnością Dziczka, Nsame i Szalaia od samego początku ligi mieli wejść w PKO BP Ekstraklasę lepiej niż rok temu, kiedy to sromotnie przerżnęli z Radomiakiem 1:5.

No cóż, tym razem było lepiej, trochę lepiej. Bo Pogoń Szczecin znowu zaliczyła bęcki od drużyny z Mazowsza. Tym razem od Legii Warszawa. Tylko 0:1, ale jednak domowa porażka zabolała około 20 tys. szczecińskich kibiców fanatycznie wspierających swój zespół, którzy bardzo chcieli, aby ich drużyna wygrała ten mecz.
Na Twardowskiego przybyła też spora grupa kibiców z Warszawy, która wypełniła tzw. klatkę i niestety to ona mogła celebrować zdobyte 3 punkty długo jeszcze po zakończonym meczu.
Nie wiem, czy piłkarze Dumy Pomorza usłyszeli słowa z wywiadu Alexa Haditaghiego, który tuż przed meczem powiedział, że jego piłkarze mają tak grać, aby nie być zaangażowanym w walkę o utrzymanie. Pogoń ma utrzymać się w PKO BP Ekstraklasie. Sporo siwych włosów i nerwów kosztował właściciela klubu poprzedni sezon i ten ma być inny. Mówił, że nauka z poprzedniego sezonu nie poszła w las. Jest nadzieja, że pojawi się chemia w zespole, a zmian w drużynie nie ma tak wiele, jak w poprzednich rozgrywkach.

Rzeczywistość boiskowa wyglądała wg dobrze znanego nam powiedzenia, które po raz pierwszy słyszałem z ust Dariusza Szpakowskiego, komentującego mecze naszej dzielnej reprezentacji Polski. A mianowicie: jak wiele musiało się zmienić, by wszystko zostało po staremu.
Nowy trener, kilku nowych, fajnych, dobrych piłkarzy wzmocniło szeregi Portowców, ale Pogoń znowu zalicza początek sezonu od dzwona. A co na to kibice? Są już przyzwyczajeni do porażek jak mało kto. Memy w stylu Zero Tituli przecież nie biorą się znikąd.

Tu w Szczecinie od zawsze kocha się Pogoń i nic tego nie zmieni. Co najwyżej niektórzy nowi kibice i starsi piłkarze będą mocno wkurzeni. Jak to mówi wspomniany klasyk polskiego dziennikarstwa futbolowego: jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma!
Pierwszy mecz wyglądał właśnie niestety tak, jakby Portowcy znowu grali o utrzymanie. Długimi fragmentami wyglądało to tak, jakby planem taktycznym było granie długiej lagi od bramkarza lub od obrońców do napastnika, lub skrzydłowych, zupełnie z pominięciem środka pola, eliminując z gry naszą fantazję – Natana Ławę i Kellyna Acostę.

Taki pomysł na grę może mógł nawet mieć sens, no ale wtedy trzeba takie akcje uprzednio przygotować. Ukierunkować dalekie podania w taki kwadrat boiska, gdzie ma się przewagę liczebną, lub chociaż dobrze ustawionych piłkarzy do zgrania, przejęcia i szybkiej kontry.
Niestety nasze lagi przez dobre pół godziny nie przynosiły nic, gdyż brakowało właśnie solidnego przygotowania takiego wariantu. Legia natomiast chciała grać piłką i robiła to całkiem przyjemnie dla oka kibica. Stołeczni pokazali wyższą kulturę gry w piłkę, co miało potem przełożenie na tworzone okazje bramkowe.
Nie wchodząc w wielkie szczegóły, mecz tak się potoczył, że gdyby Legia wygrała go 5:3, to chyba najlepiej oddałoby to przebieg spotkania. To było całkiem dobre widowisko piłkarskie. Pełen stadion, piękna oprawa kibiców Dumy Pomorza z użyciem rac, bardzo głośny doping, zwłaszcza w drugiej połowie, gdy granatowo-bordowa drużyna dostała wiatru w żagle i uwierzyła w to, że trzy punkty są możliwe do zdobycia.
Były takie momenty, kiedy Portowcy powinni byli zamienić swoje ofensywne wysiłki na gole.
Brakło jednak skuteczności. Po kolei swoje dobre okazje na strzelenie goli dla zmarnowali Juwara, Nsame, Ulvestad, Mukairu i Acosta.
Legia Warszawa miała jeszcze więcej do powiedzenia. Jednak nasz zespół ratowała nieskuteczność, nieudolność, gapiostwo i ręce nikogo innego jak Milety Rajovicia, który utrzymuje swoją strzelecką niemoc z poprzedniego sezonu. Zdobył dwa gole, które były jednak anulowane. Raz z powodu zagrania ręką w polu 5 metrów i raz ze spalonego. Oprócz tego, jego główki i strzały nogą bronił czujny Cojocaru z pomocą obrońców. Do czasu.
Dokładnie w 96. minucie Wahlqvist nie trafił nogą piłki i ta wyszła na aut. Po czym dośrodkowanie z autu trafiło w pole karne, a tam rezerwowy joker trenera Legii, Marka Papszuna, Zoran Arsenić, trafił do bramki pomimo rozpaczliwej obrony bramkarza już zza linii bramkowej.
Jako widowisko sportowe, z pełnymi trybunami, ten spektakl oglądało się dobrze. Były emocje, szybkie akcje, dużo walki na skrzydłach. Było także sporo gry aktorskiej w wykonaniu tym razem nie Juwary, a Wszołka. Aż dziw bierze, że sędzia nie napomniał go żółtą kartką za symulowanie. Zwłaszcza że potrafił magicznie szybko podnosić się z murawy, gdy goście ponawiali atak jego stroną, a wcześniej leżał, udając, że był faulowany.

Musa natomiast miał sporo pracy w grze obronnej. Musiał zabezpieczać ataki lewego wahadłowego, Vinagre’a, który był bardzo aktywny, podobnie z resztą jak Wszołek. Juwara miał też okazję na gola, jednak uderzył z pola karnego niecelnie. Mógł też mieć asystę, ale niestety skuteczności brakło wtedy Nsame, bo instynktownie jego główkę wybronił Hindrich.
Szkoda, że trener Oscar Garcia wybrał Aggera zamiast Czaplińskiego na zmiennika. Duńczyk nie pokazał niczego, co by było warte uwagi. Cuić wszedł dopiero w 90. minucie, co też było niezrozumiałe, gdy Mukairu grający wtedy na ataku okazywał już ślady zmęczenia. Ta zmiana powinna była być wykonana przynajmniej z 10 minut wcześniej.
Dobrą zmianę dał Ulvestad, który zastąpił Ławę. Niestety Legioniści nakryli młodziana czapką w tym meczu.
Inny zmiennik, Biegański, także nie zdążył zaznaczyć swojej obecności czymś konkretnym. Wszedł także dopiero w 90. minucie. Za to Grosicki dostał blisko 30 minut i próbował swoich sprintów parę razy. Miał nawet okazję strzelecką, jednak trafił obok bramki, a także przy innej okazji fajnie podał fałszem w stronę Mukairu, lecz ten nie sięgnął futbolówki, będąc sam na sam z bramkarzem Legii.

Moim zdaniem Pogoń ma mocniejszą ławkę od Legii i należało z niej skorzystać wcześniej w większym wymiarze, a tak wpuszczając Cuicia i Biegańskiego dopiero na sam koniec meczu zmarnowaliśmy ten potencjał, by dokręcić śrubę Legionistom.
No cóż, to był mecz, w którym popełniono błędy na boisku i w sztabie trenerskim. Na boisku zawiodła skuteczność i koncentracja w decydujących momentach, a sztab trenerów nie przygotował systemu lagi w takim stopniu, aby to było skuteczne. Także dobór wchodzących zawodników mógł i powinien był być inny.
Na boisku brakło umiejętności Czaplińskiego oraz Mendy’ego. Brakło także ognia zmienników i więcej czasu grania należy dawać rezerwowym, by podkręcać tempo akcji do samego końca, w dłuższym wymiarze czasowym.
Skoro nam nie wyszła laga, to dostaliśmy nią po czterech literach.
Trener Garcia na konferencji przedmeczowej mówił, że gra Pogoni jest daleka od tego, jak on chce, aby grała. Zatem przed Portowcami jest jeszcze bardzo dużo do poprawy.
Choć do 96. minuty wynik był na zero z tyłu, to jednak taki obraz jest mylący, bo Legia powinna była strzelić nam nawet 5 goli i możemy tylko podziękować Rajoviciowi, że te bramki nie padły.
Oczywiście dopomogli mu w tej niemocy także Cojocaru i środkowi obrońcy blokujący strzały, jednak zbyt łatwo do tych bardzo dobrych sytuacji zawodnik Wojskowych dochodził.
Zatem nie tylko gra w ataku musi ulec poprawie, ale także, a może przede wszystkim w obronie jest bardzo dużo do zrobienia. Nie chcemy przecież znowu stresować się grą o utrzymanie w tym sezonie. Zatem trzeba popracować nad systemem gry.

Kibice z pewnością nie chcą, aby sztab trenerski miał jakieś lagi w podejmowaniu decyzji personalnych i spóźniał się ze zmianami. Nie chcemy także, aby piłkarze nadużywali lagi oraz wybijali piłkę na oślep.
Nie chcemy też być bici w domu przez gości, którzy przyjeżdżają w okrojonym składzie w porównaniu do poprzedniego sezonu. Taka laga od nich boli podwójnie.
Nie chcemy też wystawiać jedynki, oceny niedostatecznej po przegrywanych meczach domowych. Czy nasi piłkarze zasłużyli sobie na lagę po meczu z Legią?
Niech każdy sam to sobie oceni. W moim przekonaniu, choć stołeczna drużyna była piłkarsko lepsza na boisku, to jednak można było ugrać przynajmniej 1 punkt w tym pojedynku.
Brakło trochę koncentracji na koniec i skuteczności w całym meczu. Mają zatem nad czym popracować w sztabie Portowców. W następnej kolejce Pogoń jedzie do Cracovii, aby zmazać plamę z rywalizacji z Legią Warszawa.
Pogoń Szczecin 0:1 Legia Warszawa
Bramka: Zoran Arsenić 90+6′
Składy:
Pogoń: 77. Valentin Cojocaru – 28. Linus Wahlqvist, 13. Dimitrios Keramitsis, 41. Attila Szalai, 4. Léo Borges – 7. Musa Juwara (62′, 8. Fredrik Ulvestad), 16. Patryk Dziczek, 3. Kellyn Acosta (90′, 6. Jan Biegański), 47. Natan Ława (62′, 25. Mads Agger), 18. Paul Mukairu (90′, 10. Filip Čuić) – 17. Jean-Pierre Nsame (62′, 11. Kamil Grosicki).
Legia: 89. Otto Hindrich – 91. Kamil Piątkowski, 8. Rafał Augustyniak, 5. Robert Deziel Jr (88′, 24. Zoran Arsenić) – 22. Paweł Wszołek, 4. Damian Szymański (83′, 6. Henrique Arreiol), 67. Bartosz Kapustka (81′, 21. Wahan Biczachczjan), 53. Wojciech Urbański, 19. Rúben Vinagre (88′, 13. Arkadiusz Reca) – 29. Mileta Rajović, 79. Łukasz Zjawiński (80′, 20. Jakub Żewłakow).
Żółte kartki: Borges – Urbański.
Sędziował: Bartosz Frankowski (Toruń).
Widzów: 20 757.
Zdjęcia: Marcin Zapart
11 minut
Ostatnia aktualizacja:


Komentarze
Laga w Szczecinie — Brak komentarzy
HTML tags allowed in your comment: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>