2 maja 2024 roku. Kilkadziesiąt sekund od historii
Nie miał to być kolejny ważny mecz w dziejach Pogoni Szczecin. Miał być tym jednym, który zmieni sposób opowiadania całej historii klubu.
2 maja 2024 roku Portowcy po raz czwarty stanęli przed możliwością zdobycia Pucharu Polski. Trzy wcześniejsze finały zakończyły się porażkami. Tym razem Pogoń przyjechała do Warszawy jako przedstawiciel ścisłej czołówki Ekstraklasy, dysponujący nowym stadionem, doświadczoną kadrą, najlepszym piłkarzem ligi i tysiącami kibiców przekonanych, że wieloletnie oczekiwanie właśnie dobiega końca.
Do spełnienia brakowało jednego zwycięstwa.
Później brakowało już tylko kilkudziesięciu sekund.
Szczecin żyjący finałem
Awans do finału wywołał w Szczecinie mobilizację niewidzianą od wielu lat. Spotkanie z Wisłą Kraków przestało być wyłącznie wydarzeniem piłkarskim. Stało się sprawą całego miasta, regionu i kilku pokoleń kibiców, którzy przez dziesięciolecia oglądali Pogoń docierającą do krajowej czołówki, ale nigdy nie widzieli jej z oficjalnym trofeum.
Skalę zainteresowania najlepiej pokazała sprzedaż wejściówek. Pogoń Szczecin i Stowarzyszenie Kibiców Pogoni Szczecin „Portowcy” otrzymały do dystrybucji po pięć tysięcy pakietów. Klubową pulę pięciu tysięcy rozprowadzono w dwóch etapach. Najpierw 2400 pakietów kupili posiadacze karnetów, następnie pozostałe 2600 zniknęło w ciągu zaledwie trzech minut. Klub zwrócił się później do PZPN o dodatkowe miejsca w sektorach buforowych, a kibiców korzystających ze sprzedaży otwartej zachęcano do wybierania miejsc po wschodniej stronie stadionu, w pobliżu sektorów Pogoni.
Otwarta sprzedaż organizowana przez PZPN rozpoczęła się 11 kwietnia. Bilety kosztowały 120 i 80 złotych, a z jednego konta można było kupić maksymalnie pięć wejściówek. Ogromne zainteresowanie pokazywało, że przyznane klubom sektory nie były w stanie pomieścić wszystkich chętnych.
Dla osób pozostających w Szczecinie przygotowano strefy wspólnego oglądania. W Netto Arenie mogło zgromadzić się do dwóch tysięcy kibiców, natomiast w Teatrze Letnim zaplanowano transmisję na ekranie o powierzchni 45 metrów kwadratowych. W obu miejscach finałowi towarzyszyły dodatkowe atrakcje oraz rodzinne strefy kibica. Miasto przygotowywało się więc równocześnie na wielki wyjazd do Warszawy i na wspólne przeżywanie meczu przez tych, którzy nie zdobyli biletu albo nie mogli uczestniczyć w podróży.
W dniach poprzedzających spotkanie zmieniła się także codzienna atmosfera wokół klubu. Rozmowy o ligowej tabeli, kolejnych transferach i przyszłości trenera zeszły na dalszy plan. Wszystko zostało podporządkowane jednemu pytaniu: czy 2 maja 2024 roku Pogoń wreszcie zdobędzie pierwsze znaczące trofeum?
Wielka podróż ze Szczecina do Warszawy
Dla tysięcy kibiców dzień finału rozpoczął się jeszcze przed świtem. Granatowo-bordowe barwy pojawiły się na szczecińskim dworcu, w pociągach, autokarach i samochodach jadących w kierunku stolicy.
Fani Pogoni wypełnili trzy pociągi specjalne oraz wszystkie poranne połączenia kursujące na trasie ze Szczecina do Warszawy. Według ówczesnych szacunków na PGE Narodowym mogło znaleźć się około dwudziestu tysięcy sympatyków Dumy Pomorza, choć dokładna liczba osób zajmujących również sektory neutralne nie została oficjalnie potwierdzona.
Wyjazd miał wymiar znacznie szerszy niż zwykła podróż na mecz. W pociągach jechali kibice pamiętający finały z początku lat osiemdziesiątych, uczestnicy wyjazdu do Bydgoszczy w 2010 roku, osoby zaangażowane w odbudowę klubu po 2007 roku oraz młodsi sympatycy, dla których był to pierwszy finał Pogoni.
Wielu z nich uważało, że zwycięstwo będzie nagrodą za siedemnaście lat pracy wykonanej od momentu społecznej odbudowy klubu. Pogoń przeszła w tym czasie drogę z niższych lig do regularnej obecności w czołówce Ekstraklasy, zdobyła dwa brązowe medale, wróciła do Europy i otrzymała nowy stadion. Do pełnego potwierdzenia tej przemiany brakowało trofeum. Takie nastroje towarzyszyły kibicom jadącym rano do Warszawy.
Stadion Narodowy w granatowo-bordowych barwach
Na trybunach PGE Narodowego zasiadło 47 506 widzów. Większa frekwencja nie była możliwa ze względu na konieczność pozostawienia sektorów buforowych. Był to niemal kompletny stadion, podzielony pomiędzy dwie wielkie społeczności kibicowskie.
Fani Pogoni przygotowali rozbudowane oprawy. Jedna z nich zawierała hasło „W naszych sercach zawsze Pogoń jest”, kolejna została uzupełniona napisem „Nasz charakter siłą jest”. Całości towarzyszyła pirotechnika, flagi, jednakowe elementy ubioru i nieprzerwany doping. Kibice Wisły odpowiedzieli własnymi prezentacjami, dzięki czemu stadion stał się areną równoległej rywalizacji dwóch trybun.
Atmosfera była znacznie bardziej intensywna niż podczas zwykłego meczu ligowego. Jens Gustafsson, porównując finał w Polsce z własnymi doświadczeniami ze Szwecji, podkreślał, że skali tego wydarzenia nie dało się zestawić z finałem szwedzkiego pucharu. PGE Narodowy, blisko pięćdziesiąt tysięcy ludzi i świadomość historycznej stawki tworzyły warunki, których większość zawodników Pogoni wcześniej nie doświadczyła.
Trybuny wygrały ten finał jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Pozostawało pytanie, która drużyna lepiej udźwignie to, co stworzyli kibice.
Pogoń jako sportowy faworyt
Sportowa przewaga wydawała się należeć do Pogoni. Portowcy występowali w Ekstraklasie, regularnie zajmowali miejsca w krajowej czołówce i posiadali w składzie reprezentantów swoich państw. Wisła Kraków rywalizowała na drugim poziomie rozgrywkowym i w chwili finału nie była nawet pewna udziału w barażach o awans do Ekstraklasy.
Pogoń miała Kamila Grosickiego, jednego z najlepszych zawodników ligi, skutecznego Efthymisa Koulourisa, doświadczonego Alexandra Gorgona, Fredrika Ulvestada oraz bocznych obrońców reprezentacyjnej klasy. W bramce znajdował się Valentin Cojocaru, którego występy ustabilizowały jedną z najbardziej problematycznych pozycji zespołu.
Portowcy byli więc powszechnie wskazywani jako faworyt finału. Wisła znajdowała się jednak w psychologicznie wygodniejszej sytuacji. Krakowianie mogli potraktować spotkanie jako wyjątkową szansę, ale nie ciążyła na nich odpowiedzialność za całą historię własnego klubu.
Pogoń miała nie tylko wygrać mecz. Miała zakończyć trwające od 1948 roku oczekiwanie.
Ta różnica mogła okazać się jednym z najważniejszych elementów finału. PZPN w oficjalnej relacji oceniał, że Portowcy sprawiali wrażenie przytłoczonych atmosferą i możliwością zdobycia pierwszego trofeum. Wisła od pierwszych minut zachowywała się natomiast jak drużyna, która nie przyjechała bronić się przed silniejszym przeciwnikiem.
Wyjściowe składy
Jens Gustafsson postawił na ustawienie z jednym nominalnym napastnikiem. W wyjściowej jedenastce znalazł się siedemnastoletni Adrian Przyborek, który otrzymał miejsce na prawej stronie ofensywy. Kamil Grosicki rozpoczynał po przeciwnej stronie, natomiast za Koulourisem operowali także Alexander Gorgon i środkowi pomocnicy.
Pogoń Szczecin
Valentin Cojocaru
Linus Wahlqvist, Léo Borges, Mariusz Malec, Leonardo Koutris
Adrian Przyborek, Fredrik Ulvestad, João Gamboa, Alexander Gorgon, Kamil Grosicki
Efthymis Koulouris
Wisła Kraków
Anton Cziczkan
Bartosz Jaroch, Alan Uryga, Joseph Colley, Dawid Szot
Kacper Duda, Marc Carbó
Ángel Baena, Ángel Rodado, Jesús Alfaro
Szymon Sobczak
W trakcie spotkania w Pogoni pojawili się Vahan Bichakhchyan, Marcel Wędrychowski, Benedikt Zech, Kacper Smoliński i Luka Zahovič. Wisła wprowadziła między innymi późniejszych bohaterów finału, Eneko Satrústeguiego oraz Goku Romána.
Pierwsza połowa
Drużyna przytłoczona własną szansą
Pogoń rozpoczęła mecz od dynamicznej akcji Kamila Grosickiego. W piątej minucie kapitan ruszył lewą stroną, a interweniujący Joseph Colley był bliski skierowania piłki do własnej bramki. Początek mógł sugerować, że Portowcy szybko spróbują narzucić przeciwnikowi tempo.
Była to jednak jedna z nielicznych sytuacji, w których Pogoń w pierwszej połowie wyglądała jak zdecydowany faworyt.
Wisła błyskawicznie przejęła inicjatywę. Jej zawodnicy grali agresywniej, szybciej doskakiwali do przeciwników i z większą łatwością przenosili piłkę pod bramkę Cojocaru. Szymon Sobczak próbował zaskoczyć bramkarza uderzeniem piętą, natomiast po jednej z kolejnych akcji Léo Borges interweniował tak niefortunnie, że piłka otarła się o poprzeczkę.
Pogoń nie potrafiła uporządkować gry. Środkowi pomocnicy nie przejmowali pełnej kontroli nad przestrzenią, Koulouris pozostawał odcięty od podań, a Grosicki i Przyborek otrzymywali piłkę zbyt daleko od pola karnego. Portowcy próbowali wykorzystywać skrzydła, lecz ich dośrodkowania nie tworzyły wystarczającego zagrożenia.
Zamiast dominacji zespołu z Ekstraklasy pojawiła się nerwowość. Pogoń częściej reagowała na działania przeciwnika, niż sama narzucała warunki.
Valentin Cojocaru
Człowiek, który utrzymał Pogoń w finale
Najważniejszą postacią pierwszej połowy został Valentin Cojocaru. Rumuński bramkarz nie tylko zapobiegł utracie gola, ale sprawił, że Pogoń mogła rozpocząć drugą część spotkania bez konieczności odrabiania strat.
W 33. minucie Jesús Alfaro uderzył z powietrza, lecz dobrze ustawiony Cojocaru odbił piłkę. Kilka minut później golkiper popisał się jeszcze bardziej efektowną interwencją. Po dośrodkowaniu Alfaro Szymon Sobczak uderzył głową z niewielkiej odległości. Cojocaru zareagował instynktownie i skierował futbolówkę na słupek.
Bez tych interwencji Pogoń mogła schodzić na przerwę przy wyniku 0:1 albo 0:2. Zamiast tego utrzymał się bezbramkowy remis.
Pierwsze czterdzieści pięć minut przyniosło wyraźne ostrzeżenie. Wisła nie zamierzała respektować statusu faworyta. Była lepsza w pojedynkach, bardziej zdecydowana i stworzyła groźniejsze sytuacje.
Pogoń wciąż pozostawała w meczu głównie dlatego, że Cojocaru zagrał na poziomie odpowiadającym randze finału.
Zmiana obrazu po przerwie
Po wznowieniu gry Pogoń zaczęła wyglądać lepiej. Nie przejęła całkowitej kontroli, ale przesunęła ciężar spotkania dalej od własnego pola karnego i częściej utrzymywała piłkę na połowie Wisły.
W 57. minucie Jens Gustafsson zdjął z boiska João Gamboę, który miał już żółtą kartkę, i wprowadził Vahana Bichakhchyana. Adrian Przyborek został przesunięty bliżej środka, natomiast Ormianin miał zwiększyć dynamikę na skrzydle. Zmiana ożywiła ofensywę Pogoni.
Aktywniejszy stał się Grosicki, częściej do gry włączał się Koulouris, a Wisła nie była już w stanie tak swobodnie atakować jak przed przerwą.
Spotkanie nadal miało zamknięty charakter. Obie drużyny rozumiały, że pierwszy gol może przesądzić o losach trofeum. Ryzyko było ograniczane, a każda strata piłki wywoływała natychmiastową reakcję całego zespołu.
W takich meczach często decyduje pojedyncza akcja.
W 75. minucie wydawało się, że Pogoń właśnie ją stworzyła.
Efthymis Koulouris
Gol, który miał zakończyć oczekiwanie
Adrian Przyborek otrzymał piłkę i dostrzegł ruch Koulourisa pomiędzy obrońcami Wisły. Młody wychowanek Pogoni posłał precyzyjne podanie w wolną przestrzeń. Grecki napastnik uciekł rywalom, znalazł się sam przed Antonem Cziczkanem i spokojnym uderzeniem skierował futbolówkę do siatki.
Pogoń prowadziła 1:0.
W sektorach zajmowanych przez szczecińskich kibiców nastąpiła eksplozja radości. Koulouris pobiegł w stronę trybun, a za nim ruszyli pozostali zawodnicy. Przez chwilę PGE Narodowy wypełnił się poczuciem, że historia właśnie zmienia swój bieg.
Bramka miała również silny wymiar symboliczny. Zdobył ją napastnik sprowadzony przed sezonem właśnie po to, aby podnieść jakość w najważniejszych spotkaniach. Asystował mu siedemnastoletni zawodnik Akademii Pogoni. Doświadczenie nowego lidera ataku połączyło się z młodzieżą wychowaną przez klub.
Gol Koulourisa wydawał się brakującym elementem całego projektu. Nowy stadion, rozwinięta Akademia, powrót Grosickiego, regularna gra w czołówce i wreszcie prowadzenie w finale Pucharu Polski.
Od trofeum dzielił Pogoń niespełna kwadrans.
Obrona prowadzenia zamiast kontroli meczu
Po zdobyciu bramki Pogoń nie potrafiła wykorzystać psychologicznego uderzenia zadanego rywalowi. Zamiast uspokoić spotkanie poprzez utrzymywanie piłki i zmuszenie Wisły do chaotycznych ataków, stopniowo cofała się w okolice własnego pola karnego.
Krakowianie odzyskali inicjatywę. Kolejne dośrodkowania kierowano w stronę Sobczaka, Rodado, Żyry i Goku Romána. Pogoń broniła się coraz niżej, a jej kontrataki były nieliczne i niedokładne.
Portowcy znaleźli się w sytuacji, w której każdy wybity aut, przejęta piłka i kolejna upływająca minuta przybliżały ich do pucharu. Jednocześnie presja rosła wraz z każdym atakiem Wisły.
W 90. minucie wydawało się, że nastąpił moment rozstrzygający. Goku Román uderzył obok Cojocaru, a piłka zmierzała do pustej bramki. Mariusz Malec zdołał jednak wybić ją sprzed linii.
Przez kolejne minuty ta interwencja mogła uchodzić za najważniejsze zagranie w historii Pogoni.
Kibice odliczali sekundy. Zawodnicy Wisły podejmowali ostatnie próby. Pogoń miała wykonać jeszcze kilka skutecznych interwencji.
Wydawało się, że zrobiła już wystarczająco dużo.
Ostatnia akcja
Sędzia Tomasz Kwiatkowski pozwolił Wiśle wykonać jeszcze jeden rzut wolny. Bramkarz Anton Cziczkan posłał długie podanie w stronę pola karnego Pogoni. Nie była to precyzyjnie konstruowana akcja. Wisła wykorzystała ostatnią możliwość, kierując piłkę w strefę, w której znajdowała się większość zawodników obu zespołów.
Alan Uryga przedłużył zagranie. Futbolówka spadła pod nogi Eneko Satrústeguiego, rezerwowego obrońcy, który pojawił się na murawie w 69. minucie.
Hiszpan uderzył obok Cojocaru.
Piłka wpadła do bramki.
Oficjalnie gol został zapisany w 90+9. minucie. Była to ostatnia akcja podstawowego czasu gry. Pogoń, która przez kilkanaście minut znajdowała się w posiadaniu pierwszego trofeum w swojej historii, została zmuszona do rozegrania dogrywki.
W jednej chwili zmieniło się wszystko.
Sektor Pogoni zamilkł. Zawodnicy Wisły ruszyli w stronę własnych kibiców. Piłkarze Pogoni pozostali na murawie, próbując zrozumieć, jak blisko byli końcowego gwizdka.
Nie przegrali jeszcze meczu. Psychologicznie znaleźli się jednak w zupełnie innym miejscu niż kilka sekund wcześniej.
Błąd, którego nie można było już naprawić
Dogrywka rozpoczęła się w 93. minucie od sytuacji, która stała się symbolem całego finału.
Léo Borges popełnił poważny błąd przy rozegraniu piłki. Ángel Rodado przejął futbolówkę i ruszył w stronę bramki Pogoni. Hiszpan znalazł się sam przed Cojocaru i pewnie zakończył akcję.
Wisła prowadziła 2:1.
Od gola Satrústeguiego do trafienia Rodado minęło zaledwie kilka minut gry. Pogoń przeszła drogę od oczekiwania na wręczenie pucharu do konieczności odrabiania strat.
Błąd Borgesa nie był wyłącznie pomyłką techniczną. Pokazywał stan emocjonalny zespołu, który nie zdążył odbudować koncentracji po utracie prowadzenia. Portowcy rozpoczęli dogrywkę, jakby wciąż pozostawali myślami przy ostatniej akcji regulaminowego czasu.
Po drugim golu Wisła cofnęła się i broniła wyniku. Pogoń przejęła inicjatywę, ale jej działania były coraz bardziej nerwowe. Piłki kierowano w pole karne bez odpowiedniego przygotowania, brakowało ostatniego podania, a upływające minuty zwiększały chaos.
Gustafsson wprowadził kolejnych zawodników ofensywnych, w tym Lukę Zahovicia. Portowcy atakowali, ale nie stworzyli sytuacji, która mogłaby przywrócić im nadzieję. Wisła przetrwała napór i utrzymała prowadzenie do końcowego gwizdka.
Końcowy gwizdek
Po zakończeniu meczu obrazy z PGE Narodowego przedstawiały dwa całkowicie różne światy.
Zawodnicy Wisły padali na murawę, biegli w stronę trybun i świętowali piąty Puchar Polski w historii klubu. Piłkarze Pogoni stali bez ruchu, siedzieli na trawie albo zasłaniali twarze.
Granatowo-bordowi musieli uczestniczyć w ceremonii medalowej i obserwować, jak Alan Uryga podnosi trofeum, które jeszcze kilkanaście minut wcześniej wydawało się należeć do nich. Wisła została pierwszym od 1996 roku zespołem spoza najwyższej klasy rozgrywkowej, który zdobył Puchar Polski.
Kamil Grosicki po spotkaniu nie próbował szukać łatwych usprawiedliwień. Przyznał, że Wisła była lepsza od początku, przeprosił kibiców i bardzo surowo ocenił własny występ. Powiedział wprost: „zagrałem bardzo słaby mecz”. Kapitan zasugerował również, że musi zastanowić się nad swoją przyszłością w tej roli, ponieważ w najważniejszej chwili nie pomógł drużynie tak, jak od siebie oczekiwał.
Była to reakcja człowieka, który wrócił do Szczecina między innymi po to, aby zdobyć z Pogonią trofeum. W finale nie potrafił zdominować spotkania. Choć uczestniczył w kilku akcjach ofensywnych, nie miał wpływu odpowiadającego jego pozycji w zespole i randze wydarzenia.
Złość zamiast pocieszenia
Zawodnicy Pogoni podeszli po meczu do sektora zajmowanego przez własnych kibiców. Nie usłyszeli jednak tradycyjnego zapewnienia, że nic się nie stało.
Tym razem stało się bardzo wiele.
Część fanów kierowała w stronę piłkarzy ostre słowa, zarzucając im przegranie meczu z zespołem występującym w pierwszej lidze. W reakcjach dominowały złość, rozczarowanie i poczucie, że kolejna wyjątkowa szansa została utracona w sposób, którego nie dało się zaakceptować jako zwykłej sportowej porażki.
Wcześniejsze niepowodzenia Pogoni często spotykały się z cierpliwością. Kibice pamiętali przecież spadki, upadek spółki, grę w niższych ligach i wieloletnią odbudowę. Tym razem klub nie znajdował się jednak na początku drogi.
Posiadał stadion, budżet, doświadczonych zawodników, reprezentantów, rozwiniętą Akademię i drużynę regularnie zajmującą miejsca w czołówce. W finale prowadził z pierwszoligowym przeciwnikiem do ostatniej akcji.
Dlatego po końcowym gwizdku nie było miejsca na łatwe pocieszenie.
Czwarty finał, czwarta porażka
Wynik 1:2 oznaczał, że Pogoń przegrała także czwarty finał Pucharu Polski w swojej historii.
| Rok | Rywal | Wynik |
|---|---|---|
| 1981 | Legia Warszawa | 0:1 |
| 1982 | Lech Poznań | 0:1 |
| 2010 | Jagiellonia Białystok | 0:1 |
| 2024 | Wisła Kraków | 1:2 po dogrywce |
Po raz pierwszy Pogoń zdobyła w finale bramkę. Po raz pierwszy także prowadziła. Nie zmieniło to jednak końcowego rezultatu.
Paradoksalnie właśnie finał z 2024 roku stał się najbardziej bolesny. W poprzednich spotkaniach Portowcy nie znajdowali się tak blisko triumfu. Tym razem przez kilkanaście minut byli zdobywcami pucharu. Na zegarze nie pozostawał już czas na stworzenie kolejnej rozbudowanej akcji. Wisła wyrównała po dalekim zagraniu bramkarza w ostatniej możliwej próbie.
Granica pomiędzy pierwszym trofeum a kolejnym niespełnieniem miała długość jednego pojedynku w polu karnym.
Konsekwencje większe niż utrata pucharu
Porażka miała skutki wykraczające poza emocje 2 maja.
Zdobywca Pucharu Polski otrzymywał nagrodę finansową oraz prawo udziału w eliminacjach Ligi Europy. Pogoń straciła więc jednocześnie trofeum, znaczące wpływy i najlepszą drogę do europejskich rozgrywek.
Portowcy zakończyli później Ekstraklasę na czwartym miejscu. Ponieważ Puchar Polski zdobyła pierwszoligowa Wisła, czwarta pozycja nie dawała Pogoni awansu do Europy. Po trzech kolejnych sezonach występów międzynarodowych szczeciński klub pozostał poza europejskimi pucharami.
Zarząd Pogoni w oficjalnym sprawozdaniu określił finał jako najważniejsze wydarzenie sezonu 2023/2024 i wskazał, że porażka przyniosła dotkliwe konsekwencje sportowe oraz finansowe. Bezpośrednim skutkiem była pierwsza od trzech lat nieobecność klubu w rozgrywkach europejskich.
Jeden gol zmienił zatem nie tylko historię pojedynczego meczu. Wpłynął na ocenę całego sezonu, budżet klubu, kalendarz kolejnych rozgrywek i przyszłość projektu Jensa Gustafssona.
Największy dramat współczesnej Pogoni
2 maja 2024 roku miał być dniem zamknięcia wieloletniej historii niespełnienia.
Pogoń przyjechała do Warszawy wraz z ogromną częścią własnego miasta. Kibice wypełnili pociągi, autokary i sektory Stadionu Narodowego. Szczecin oglądał finał w halach, teatrach, lokalach i domach. Drużyna miała przed sobą przeciwnika z niższej klasy rozgrywkowej i prowadziła po golu zdobytym na kwadrans przed końcem.
Wszystkie elementy wydawały się znajdować na swoim miejscu.
Najpierw Cojocaru utrzymał zespół w meczu. Później Przyborek stworzył akcję, a Koulouris zdobył bramkę. Malec wybił piłkę zmierzającą do siatki. Czas upływał. Kibice przygotowywali się do świętowania.
Nie nastąpił jednak końcowy gwizdek.
Ostatnie podanie Cziczkana, przedłużenie Urygi i strzał Satrústeguiego wystarczyły, aby zatrzymać całą szczecińską historię na kolejne lata. Błąd Borgesa oraz gol Rodado kilka minut później odebrały Pogoni możliwość natychmiastowej odpowiedzi.
Nie była to porażka po jednostronnym finale. Nie była to także przegrana z przeciwnikiem, który od początku do końca kontrolował spotkanie.
Była znacznie bardziej bolesna.
Pogoń widziała już trofeum. Prowadziła w ostatniej akcji. Znajdowała się o kilkadziesiąt sekund od największego sukcesu w swojej historii.
I właśnie wtedy straciła wszystko.
Ostatnia aktualizacja:


Komentarze
2 maja 2024 roku. Kilkadziesiąt sekund od historii — Brak komentarzy
HTML tags allowed in your comment: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>